Nowe oblicza Europy - sezon dobrej woli prosto z frontu kryzysu uchodźców na wyspie Lesbos

Nic nie przygotuje cię na „twój pierwszy raz”: kiedy o północy do małego Fiata upychasz dziewięcioosobową rodzinę mokrych, zmarzniętych i straumatyzowanych ludzi i przewozisz ich gdzieś w bezpieczne miejsce. Albo gdy po raz pierwszy w życiu trzymasz na rękach dziecko w hipotermii... Gdy słuchasz mężczyzny opowiadającego o rakiecie, która uderzyła w jego dom zabijając żonę i dzieci....

Emocji i adrenaliny, które w takich chwilach ładują całe ciało nie można porównać do niczego innego. Przerażenie, smutek, wściekłość, euforia, wdzięczność. To było coś mocnego, a czasem nawet toksycznego.  

Od czego zacząć? Zanim tu przyjechałam zrobiłam małe rozpoznanie. Zdecydowałam na początku skupić się na północnej części wyspy Lesbos, która do niedawna ponosiła największy ciężar pojawiających się na wyspie uchodźców. Następnie ruszyłam na południe, gdzie łodzie coraz odważniej decydują się na jeszcze bardziej niebezpieczne podróże. Większość działających na wyspie grup wolontariuszy nie istniała jeszcze rok temu... A powstały po to, by dotrzeć do tych części, gdzie międzynarodowe organizacje pozarządowe i agencje pomocowe po prostu nie są w stanie. I dziękuję Bogu im za to.

Nocne zmiany wolontariuszy witają setki nieprzygotowanych do morskiej żeglugi uchodźców, podróżujących jeszcze mniej przygotowanymi do pływania po pełnym morzu łodziami, karmiąc ich, dając ubranie i schronienie. Wolontariusze odgrywają tutaj niezwykle istotną rolę - pod warunkiem, że nauczysz się wcześniej odróżniać tych, którzy w swoich działaniach kierują się wyłącznie sercem (w dobrej wierze i entuzjastycznie), od tych, którzy wiedzą, że w cały ten proces trzeba także zaangażować głowę (dobre intencje i zorganizowanie). Na szczęście ja trafiłam dobrze.

Pierwsze razy
Było wiele pierwszych razów. Karmienie gulaszem z soczewicy 500 osób w ciągu jednego popołudnia. Nauczenie się wymawiania po arabsku „Allah wynagradza tych, którzy są cierpliwi”. Negocjowanie po chińsku z lokalnym hurtownikiem zakupu płaszczy, skarpetek, rękawiczek, ubrań termalnych za 1000 funtów. Dwa razy. Praca na terenie domu, w przeszłości okupowanego przez nazistów, przy sortowaniu przekazywanych przez darczyńców ubrań z całego świata (i zastanawianie się przy tym, co myślą sobie ludzie, którzy wysyłają potrzebującym damskie topy bez ramiączek i błyszczące szpilki). Sylwestrowa noc w lateksowych rękawiczka na dłoniach... Codzienne wysłuchiwanie osobistych tragedii i strat dziesiątek osób. I otrzymywanie od nich wyrazów ogromnej wdzięczności oraz poczucia nadziei.

Ta świadomość odpowiedzialności i wszechogarniające współczucie potrafią przytłoczyć.

Lekcja życia
Były też wyciągnięte życiowe nauki: rozpoznawanie potrzeb odzieżowych całych rodzin używając w tym celu jedynie mowy ciała. Zrozumienie, że nie uda ci się NIGDY włożyć wystarczająco dużo cukru do garnka z herbatą. Nauka wykopywania pontonów z piasku. Uświadomienie sobie, że ludzie zanim poproszą o lekarza, najpierw chcą dostępu do Wifi. I w końcu nauka, że ogromne torby z czekoladowymi rodzynkami wywołują uśmiech na twarzy i otwierają serca.

Ludzie lubią mówić o tym, jak wolontariusze wpływają na życie innych i zmieniają w nich wszystko. To być może przelotne, ale dla mnie to były życia innych, które wpłynęły na mnie samą i w zmieniły we mnie wszystko. Nie co dzień zdajesz sobie z tego sprawę i jesteś wdzięczny za ten własny przywilej.

Tłumaczenie i redakcja: BE.NAVIGATOR
 
ORYGINALNA WERSJA JĘZYKOWA:

THE NEW FACES OF EUROPE – A season of goodwill from the frontline of the refugee crisis in Lesvos, 
by Liza Lort-Phillips 
 
Nothing can prepare you for the first time you cram a family of nine cold, wet, traumatised refugees into a small Fiat at midnight and drive them somewhere safe. Or the first time you hold a hypothermic baby. Or hear a man describe how a rocket landed on his house killing his wife and children.The emotion and adrenalin that charges through the body is like nothing else. Horror, sadness, rage, elation, gratitude.. It was heady, and at times toxic.

Where to start? I'd done some research before I arrived, and decided to focus first on the north of the island, which has, until recently borne the brunt of the arrivals, and then move to the south, where boats were increasingly braving even more dangerous journeys. Most of the volunteer groups did not exist even a year ago.. they have sprung up to reach the parts that the international NGOs and relief agencies just can't reach. And thank goodness for that. Graveyard shifts on the beach, greeting hundreds of not very sea-worthy refugees travelling in far less sea-worthy boats, feeding them, clothing them, giving them shelter. The volunteer groups play a vital role, though you learn early on to distinguish between those who operate largely from the heart (well-intentioned and enthusiastic) and those who know that the head must be involved too (well intentioned and organised..).  Luckily I landed well.

There have been a lot of firsts. Feeding lentil stew to 500 in an afternoon. Learning how to say 'Allah rewards those who are patient' in Arabic. Negotiating in Chinese with a local wholesaler to buy £1000 worth of coats, socks, thermals and gloves.  Twice. Working in a formerly Nazi-occupied house sorting donated clothes from all over the world (and wondering what the people who sent the boob tubes and sparkly stilettos were thinking..). Wearing latex gloves on new year’s eve..  Listening to people tell you personal stories of tragedy and loss daily. And listening to their expressions of immense gratitude and sense of hope. The sense of responsibility and compassion can feel overwhelming.

And there were lessons learned too: Assessing the clothing needs of an entire family using body language only.   Realising that you can NEVER put enough sugar in a pot of chai. Learning how to dig rubber dinghies out of sand.  Understanding that people want Wifi before they want doctors. And knowing that large bags of chocolate raisins bring smiles to faces and open up hearts.  
People speak of how volunteers have touched lives and made a difference. Fleeting, perhaps, but for me it's been the lives that have touched mine that has made the difference.  It’s not every day that you get to realise, and be grateful for, the privilege that is yours. 
 

Liza Lort-Phillips

PARTNER GOODRAND, ASIA PACIFIC

Liza to ekspertka z ponad 20-letnim doświadczeniem w pracy dla organizacji prywatnych, publicznych i pozarządowych w Azji, Europie i Ameryce Łacińska, w tym jako Dyrektor Zarządzający w Centre for Intelligence on Sustainable Markets oraz Członek Zarządu w Ethical Trading Initiative. W swojej pracy specjalizuje się w opracowaniu innowacyjnych rozwiązań zrównoważonego rozwoju, dostosowanych do potrzeb kraju oraz współpracą z lokalnymi partnerami. Jej głębokie doświadczenie w łańcuchach dostaw przyczyniły się do sukcesu programów Goodbrand na rzecz tropikalnego rolnictwa.