Pan tu nie stał

Ustawa antysmogowa spowodowała że w Krakowie zamilknie na wieki kilkanaście tysięcy kominków. Nie tylko tam, ale w miastach dolnośląskich zakazy palenia drewnem i węglem w mieście spowodują, że powietrze stanie się lżejsze do oddychania. Zakładam, że kolejnym krokiem do dalszego cywilizowania naszej polskiej peryferii będzie zakaz spalania diesla, benzyny i gazu w silnikach 10+, w miastach.

Miasto w którym żyję, Warszawa, zapewnia mi spanie, jedzenie i miejsce pracy. Z punktu widzenia kulturotwórczego, nie narzekam, ale coś dzikiego, antycywilizowanego dzieje się na poziomie chodnika. I wydaje się, że celowo służby nie reagują na porzucanie samochodów gdzie się da, (trudno nazwać to parkowaniem), bo trzeba by 1/3 z tych aut wyprowadzić nie wiadomo gdzie. Władze miasta nie mają na to pomysłu i prawdopodobnie drżą w dolnych częściach ciała o przyszłość, więc nie odważą się na nic.
 
Samochody w mieście zagarnęły wszystkie wolne przestrzenie. Parkuje się na chodnikach, na trawnikach, na poboczach, przed bramami, na przystankach autobusowych, na skrzyżowaniach, na podwórzach, gdzie nie można wjechać. Wszędzie. Obecność przeważnie brudnych maszyn, powoduje że człowiek spieszony nie ma miejsca na swobodny ruch. Czy można się temu dziwić? Gdzieś te maszyny muszą jeździć, hałasować, parkować. A mamy więcej aut w kraju niż w Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii czy Niemczech - 599 na 1tyś mieszkańców. Średnia dla całej UE wynosi 564.


Nie dziwię się tym, którzy kupują stare samochody, bo są tanie. Już nawet z pierwszej transzy zapowiadanego rządowego programu prorodzinnego będzie można sobie zafundować chociażby drugi samochód w rodzinie. (Ceny zaczynają się od 1tyś – „sprawny, jeżdżący, właściciel niepalący, 150tyś km przebiegu”). Zaskoczony jestem bardziej administracyjnemu przyzwoleniu na tę sytuację. W benavigator.pl pisaliśmy już o dysharmonii rozwoju miast i zaburzania jednej funkcji aglomeracji przez inne. http://be-avigator.pl/pl/blog:/zachod-znowu-dziki/. Postępujące zawłaszczenia jej przestrzeni przez biznes czy motoryzację, odhumanizowanie miasta, następuje w wyniku braku planów rozwoju, a nie braku finansowania przez dzielnice nowych parkingów, ulic, czy nawet barierek osłaniających trawniki. Okazuje się bowiem, że sposoby doraźne są skuteczne w połowie – nie da się ogrodzić całej trawy w mieście, a kierowcy – dewastatorzy i tak znajdą drogę, aby z trawnika zrobić miejsce parkingowe.
 
Konsekwencje braku polityki przestrzennej, oraz przeorganizowania ruchu samochodów w mieście doświadczały chociażby amerykańskie miasta w latach 60/70-tych, XX w. Tam właśnie zgodnie z prawem Lewisa-Mogridge’a, zauważono, że ruch samochodów na poszerzonej ulicy rośnie, aż ponownie następuje spadek jej przepustowości. Naukowcy podali też urbanistom jak na dłoni wyniki badań, że zwiększenie miejsc parkingowych na danym obszarze idzie w parze ze wzrostem liczby samochodów/100 mieszkańców na badanym terenie. W tym kontekście niedawne referendum w sprawie mostu i trasy Krasińskiego w Warszawie (za 700 mln PLN) zostało nie dość sprytnie wyreżyserowane i przesunęło problem komunikacji w stronę podejrzanej gry interesów, a nie kierowanie się dobrem wspólnym, czy też zrównoważoną wizją miasta. (Cały mechanizm tego referendum dość szybko wyszedł na jaw - ale nie o tym tutaj). Bo jego rozwój nie polega na rozbudowie tras dla samochodów, oraz umożliwienie im wjazdu do śródmieścia - to działanie antycywilizacyjne.
 
Rzecz jest oczywiście bardziej skomplikowana niż wprowadzenie zakazu wjazdów samochodów 10+ do Śródmieścia (i to nie załatwi sprawy, bo trzeba tym zakazem objąć cześć dzielnic przyległych). Z transportem miejskim wiąże się chaos urbanizacyjny przedmieść, tamtejszy brak infrastruktury i zachęt do korzystania z komunikacji, która ledwie, ledwie nadąża za potrzebami szybko rosnącego prekariatu. Nie pomaga nam często pogoda, która zniechęca do wychodzenia na przystanek, a zimą z usług ZTM korzystają bezdomni, którzy swoimi zapachami są w stanie zatruć świadomość np. 200 osobom jadącym autobusem. Co nie zmienia faktu, że przestrzeń w mieście powinna na powrót zostać oddana ludziom, bo inaczej prywatne maszyny spalinowe zawłaszczą ją w całości.
 
Noszę w sobie niezgodę na tę sytuację, na brak ciszy w mieście, w miarę czystego powietrza i dewastację poczucia przyzwoitości, która nakazuje najpierw postawić człowieka przed wszystkimi sprawami, a dopiero później jego stan posiadania. Przecież maszynę uruchamia człowiek, jest w niej takim samym obywatelem jak inny, który pcha wózek z dzieckiem. Ileż to razy obijałem się o lusterka samochodów zaparkowanych tak, że ledwie, ledwie… i nawet czułem satysfakcję z tego, że to lusterko się zamknęło…. Irracjonalne, niedorzeczne i pozostawione sferze komunikacyjnej przemocy, której nie widzę końca. 
 
Nasycenie samochodami u nas to mała apokalipsa. W krajach często stawianych za wzór, i słusznie, zdobyczy takich jak czyste powietrze i uporządkowany wygląd miasta broni prawo. Nad Wisłą mamy prawo, którego nie przestrzega się i dopuszcza się złom z Europy do eksploatacji, aż do jego technicznej śmierci. Uczestniczymy zbiorowo w tym pogrzebie, setkami tysięcy wdychając pozostałości z niepełnego spalania paliwa z diesli. Z tych to powodów Warszawa, ale sądzę też, że inne aglomeracje w Polsce, z przyzwolenia władzy, własnej głupoty mieszkańców i ich lenistwa, następuje powolny upadek wizualny miasta. A akty przemocy, gdy ktoś zagarnia na swoje miejsce parkingowe dobro wspólne jakim jest kawałek trawnika powodują, że społecznie także nabieramy coraz większej zadyszki. Cierpię też z powodu świadomości tego, że stajemy się narodem złomiarzy. Od dekady bowiem narodowo ściągamy milion wyeksploatowanych samochodów rocznie, co jest rekordem światowej motoryzacji. Świadomość tego rekordu nie jest w stanie zrównoważyć dyskomfortu na widok maszyn porzuconych w nieładzie, w kolejnej kałuży błota za chodnikiem, gdzie wcześniej był trawnik.

Paweł Oksanowicz

dziennikarz MUZO.FM, gdzie prowadzi program BIZON, o zrównoważonym rozwoju, autor książek o tematyce społeczno-biznesowej, oraz powieści.