Początki CSR-u w firmie, czyli oswajanie z wodą

Najważniejszy jest pierwszy krok, zaangażowanie się firmy w coś więcej niż osiąganie krótkofalowego zysku i pokazanie, że CSR to inwestycja, a nie koszt.

Eksperci CSR często zwracają uwagę na potrzebę całościowego podejścia do społecznej odpowiedzialności biznesu. Podkreślają, że nie polega ona tylko na społecznym zaangażowaniu czy działalności charytatywnej, ale na szeroko rozumianym zrównoważonym rozwoju, na budowaniu odpowiedzialnych relacji nie tylko z klientem czy społecznością lokalną, ale także z pracownikami i dostawcami. W 100% zgadzam się z tym poglądem. Mam jednak wrażenie, że niekiedy, zbyt mocno skupiając się na „strategicznym” i „całościowym” podejściu, odstraszamy mniejsze firmy, którym wydaje się, że to dla nich za wysokie progi.

Jestem przekonana, że w przypadku niewielkich przedsiębiorstw często naprawdę niewiele potrzeba, by przekonały się one do CSR-u. Kluczowy jest pierwszy krok. Nie musi on wcale oznaczać przyjęcia lub wdrożenia całościowej strategii CSR. To trochę tak jak z nauką pływania u dzieci: najważniejsze jest, aby pokazać im, że w wodzie jest fajnie, nie ma się czego bać i można zdobyć nowe, fajne umiejętności. Nie uczymy przecież dzieci pływania kraulem już od pierwszego dnia. Naszym celem jest, aby dzieciom na tyle spodobało się w wodzie, by z własnej inicjatywy zaczęły doskonalić umiejętności i doceniły pływanie jako takie. Według mnie podobnie jest z oswajaniem małych firm z CSR-em. Najważniejsze jest, aby wejść do wody.

Oczywiście idealną sytuacją byłoby, gdyby przedsiębiorstwo, zanim zacznie cokolwiek robić, zorganizowało wewnętrzny audyt CSR i dialog z interesariuszami. Są to kluczowe kroki na drodze do wpisania społecznej odpowiedzialności w strategiczne działania firmy. Warto jednak pamiętać, że od czegoś trzeba zacząć, a kierownictwo spółki, zanim pomyśli o szeroko zakrojonych politykach, musi się przekonać, że w ogóle warto inwestować w CSR. Oczywiście, nawet fragmentaryczne działania powinny być przemyślane, dopasowane do profilu firmy i rodzaju jej wpływu na otoczenie, ale nie wymagajmy zbyt wiele na starcie. Uważam, że nawet, gdy pierwsze działania zostały podjęte z pobudek bardziej materialistycznych niż filantropijnych (jako forma reklamy czy krok do zdobycia prestiżowej nagrody), z czasem często przeradzają się w rzeczywiste zaangażowanie. Nie tylko w sferze społecznej (która marketingowo jest najbardziej „nośna”), ale także wewnątrz firmy. Przedsiębiorstwo zaczyna postrzegać siebie inaczej. Kierownictwo zaczyna dostrzegać, że tę „dobrą energię” warto skierować również na pozostałe dziedziny działalności firmy, z korzyścią dla wszystkich. Okazuje się, że potrzebny był tylko pierwszy impuls, pierwsze pozytywne reakcje otoczenia, by po jakimś czasie odmienić sposób funkcjonowania całego przedsiębiorstwa.

Nie krytykujmy więc zbyt pochopnie firm, które realizują „tylko” projekty społeczne.  Jestem przekonana, że w wielu przypadkach może to po być „oswajanie z wodą”, które ostatecznie kończy się wpisaniem społecznej odpowiedzialności w strategiczne cele spółki. Uważam także, że nie są właściwie ważne powody tych pierwszych kroków. Ważne jest to, że firma chce coś robić, a fakt, że przed podjęciem decyzji o zaangażowaniu porównuje koszty takiego projektu z kampanią reklamową jest drugorzędny.  Czy to naprawdę ma znaczenie, jeśli ostatecznie okazuje się, że projekt społeczny wszystkim bardziej się opłaca, a firma w efekcie zmienia otoczenie na lepsze?

Magdalena Mitraszewska

Zajmuje się doradztwem CSR firmom z sektora MSP i realizowaniem projektów zaangażowania społecznego przedsiębiorstw. Doświadczenie zawodowe zdobywała w organizacjach pozarządowych i agencji PR/marketing. Absolwentka Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.