Uchodźcy.Wielogłos

We wszystkich mediach zamachy w Brukseli. Premier Beata Szydło ogłasza, że Polska nie jest gotowa przyjąć żadnych uchodźców. I słusznie!

Mam okazję wspólnie z ekspertami i ekspertkami „od uchodźców”  z PAHu i Emica współuczestniczyć przy realizacji projektu „Wielogłos”, który ma zająć się wyzwaniami związanymi z integracją uchodźców w Polsce. Pierwotnie chcieliśmy go nazwać „Uchodźcy mają głos”, ale po Paryżu i Kolonii uznaliśmy tę nazwę za zbyt prowokacyjną.

Rolą PZR, który reprezentuję, jest zbadanie, jak w polskich miastach i szkołach działa system integracji uchodźców. Okazuje się, że w wielu przypadkach nie działa wcale. Panie z urzędów pracy czy pomocy rodzinie nie czują się przygotowane do pracy z uchodźcami, zwykle nie mają możliwości szkolić się chociażby z różnic kulturowych, co skutkuje obawą, że nie będą potrafiły udzielić właściwej pomocy imigrantom lub co gorsza w czymś ich urażą. Jedyną nadzieją dla pracowników administracji odpowiedzialnych za tego typu kontakty są organizacje pozarządowe -  które zdobędą grant, zorganizują darmowe szkolenia i przekonają odpowiedniego dyrektora, że takie warsztaty są potrzebne...

Przeszkolona kadra administracji państwowej to nie wszystko, by czuć się przygotowanym na przyjęcie uchodźców. Wyzwań jest o wiele więcej. Dla przykładu: nasze państwo gwarantuje wszystkim dzieciom dostęp do edukacji zapewnia się: wszystkie dzieci mogą chodzić do szkoły. Ale niestety mali cudzoziemcy nie mogą  liczyć na to, że ktoś będzie mówił w ich języku, wytłumaczy im, jak rozmnaża się motylica wątrobowa i kto zwyciężył pod Grunwaldem. W takich okolicznościach rzeczywiście trudno o integrację.

W ramach realizacji projektu zamierzaliśmy przeprowadzić projekt w gminie, gdzie funkcjonuje ośrodek dla uchodźców oraz w takiej, która nie ma doświadczeń z imigrantami. Chcieliśmy doprowadzić do wymiany doświadczeń, partycypacyjnie wypracować rekomendacje do nowych systemów integracji. Znalezienie miasta, które jest gotowe na przyjęcie uchodźców okazało się bardzo trudne. Na szczęście mamy Słupsk, miasto otwarte. 

 

Dominika Urzędowska

Wiele lat temu postanowiłam porzucić organizacje pozarządowe na zawsze. Miałam dość wulkanów pomysłów, słomianego zapału, braku punktualności i wiecznej walki o pieniądze na projekty. Ta decyzja zbiegła się ze zmianą pracy: z uniwersytetu trafiłam do korporacji… Po kilku latach zdecydowałam się na podyplomowe studia z CSR na Koźmińskim. Razem z kolegą ze studiów założyliśmy Pracownię CSR. Mieliśmy wspólne biuro z jego fundacją, więc chcąc nie chcąc, zaczęłam poprawiać błędy interpunkcyjne w fundacyjnych tekstach, pomagać zdobywać pieniądze na projekty, koordynować imprezy, pilnować terminów… I wsiąkłam. CSR i PZR (fundacja Pracownia Zrównoważonego Rozwoju) mówią o tym samym trochę różnym językiem, trochę inaczej kładą akcenty: zrównoważony rozwój zamiast społecznie odpowiedzialnego biznesu, partycypacja i konsultacje społeczne zamiast dialogu z interesariuszami, do tego odmieniana przez wszystkie przypadki rewitalizacja, budżet obywatelski, przyjazne, zrównoważone miasto. I takie właśnie miasto stało się moją pasją!