W trosce o językowy ład

Przeświadczenie o tym, że znaleźliśmy się w sytuacji zmasowanego ataku anonimowych wrogów, kryjących się w sieci, nie jest całkowicie nieuzasadnione, ale opiera się na z gruntu złych podstawach. Podstawach, które przywołują nam na usta dość przerażające w dzisiejszych czasach postulaty „cenzury koniecznej w pewnym zakresie”. Problem napięć, niezrozumienia, agresji, czy tworzenia się nisz ideologicznych, to nie kwestia cyfryzacji, sieci, bądź nawet anonimowości „nadawców” komunikatów. Winę za to ponosi, kompletnie niezależny od wszelkich nowych technologii, bałagan ideologiczny, pojęciowy i w efekcie komunikacyjny najróżniejszych ludzkich aktywności.

Jedną z takich aktywności jest np. dyskusja o katastrofie smoleńskiej. Z jednej strony słyszymy „Zdradzeni o świcie” z drugiej natomiast „Nieodpowiedzialność i groźne błędy”. Co jest pomiędzy, w środku, w granicach, które z obu stron wyznaczają te przeciwstawne „koncepcje”? Otóż jest, a właściwie powinien być język przeżyć związanych ze śmiercią ludzi, szokiem, niewyobrażalnych doświadczeniem. Jest tam bardzo dużo miejsca na język, który łączy, a raczej świadczy o tym, że ludzi łączyć może bardzo dużo.

Czemu nikt tego języka nie ożywia? Dokładnie to samo pytanie można zadać w przypadku dyskusji o Powstaniu Warszawskim, o migrantach z krajów arabskich, czy o Kościele i jego roli w Polsce. Nie ożywia nawet nie dlatego, że nie chce, ale nie potrafi. Dużo łatwiej jest „zadekretować”, że sferą neutralną, wspólną jest ta wyznaczana np. przez tezę „Polska nie jest w ruinie”, a wszyscy, którzy sądzą inaczej nie chcą wejść do wspólnego, „normalnego” kręgu. Wykluczenie udaje tu wspólnotę. Za przyzwoleniem wielu ludzi kształtujących opinię publiczną.

Dokładnie na tej samej zasadzie wiele największych polski firm oraz organizacji pozarządowych buduje proste uzasadnienia dla swej aktywności społecznej korzystając z obiegowych banałów, nie próbując nawet szukać, porządkować i wzmacniać specyficznej dla siebie filozofii przedsięwzięcia, definicji intencji, wreszcie języka. Ciekawe, że w komercyjnych reklamach pojawiają się próby tworzenia choćby „filozofii szczoteczki do zębów” i czyni to np. firma, która w dziedzinie przedsięwzięć społecznych nie dorobiła się nawet okrucha podobnego backgroundu.

Należy precyzyjnie myśleć, nazywać i mówić o własnych koncepcjach oraz czynach. Bo wtedy mają szansę udowodnić, że są także koncepcjami i przyszłymi czynami tych, z którymi się komunikujemy. Wskazanie to dotyczy tak firmy, która ma nadzieję stać się lepiej postrzegana przez silniej identyfikujących się z nią klientów, jak i Polski, w której naprawdę mamy możliwość, ale nie zawsze umiejętności i ochotę, by odnaleźć wspólną przestrzeń łączących nas wszystkich przeżyć.

Jan Domaniewski

Szef Agencji Medioster, ekspert z dziedziny skutecznej argumentacji oraz języka zysku

Kierował projektami wydawniczymi w „Gazecie Wyborczej” oraz „Super Expressie”. Był wicenaczelnym „Faktu”, redaktorem naczelnym „Fakt International”. Prowadzi warsztaty z dziedziny skutecznej komunikacji oraz konsultuje strategie argumentacji w biznesie i przedsięwzięciach społecznych.